Gdyby ktoś zupełnie Ci obcy chciał wejść do Twojego mieszkania, ot tak, po prostu, prosto z ulicy, pewnie nie wpuściłbyś go. Bo dlaczego masz wpuszczać kogoś zupełnie Ci nieznanego? Tymczasem sprytny oszust – manipulator – stosując proste triki, może tego dokonać. Wystarczy, że przebierze się np. w mundur czy sutannę, postępując zgodnie z zasadą symboli autorytetu, a już Twoje obawy zejdą na plan dalszy. Zaczepiony na ulicy prośbą o datek – pewnie odmówisz, lecz jeśli manipulator wzbudzi w Tobie współczucie lub poczucie winy, sięgniesz do kieszeni. Może też działać na zasadzie poczucia wdzięczności, dając Ci prezent zupełnie bezinteresownie. Zaczepiony przez akwizytora, nie dasz się namówić na zakup, powiesz pewnie, że nic nie kupujesz. Chyba że sprytny manipulator odbije piłeczkę, po czym wciągnie Cię w rozmowę. Takich trików jest zresztą znacznie więcej, o czym przeczytasz w niniejszym opracowaniu. I zdziwisz się, gdy przekonasz się, jakie to proste.
Czy wiesz o tym, że sprzedaż, reklama, a nawet oszustwo polegają na wywołaniu u osoby manipulowanej zmienionego stanu świadomości?
Zwróć uwagę, że każdy oszust w procesie manipulowania nami najpierw wzbudza nasze zaufanie. Może to być zaufanie czy szacunek do firmy, którą reprezentuje, bądź bezpośrednio do swojej osoby. Luźna, przyjazna rozmowa ma na celu wzbudzić w Tobie sympatię (to odwołanie do zasady lubienia i sympatii).
Wykorzysta jeszcze kilka innych sztuczek….
W czasach, gdy istniały „PEWEXY”, nie było kantorów wymiany walut, a dolary kupowało się od „cinkciarzy”. Wtedy też można było wielokrotnie zaobserwować, jak niesamowitymi manipulatorami byli niektórzy z nich. Pomijam fakt, że byli to również niekiedy oszuści. Niezorientowanym wyjaśniam, że cinkciarz to był uliczny sprzedawca walut, zaś nazwa profesji pochodziła od niedokładnie wymawiane-go „change money”, a działalność ta była nielegalna. Niektóre tri-ki cinkciarzy wymagały zręczności iluzjonisty, inne zaś były proste. Wszystkie jednak wymagały odpowiedniego przygotowania, trzeba było bowiem najpierw „urobić” klienta słowami. Oczywiście była i „jedyna okazja”, i „niższa cena”, itd. Specjalnie przygotowana „legenda” miała odwrócić uwagę klienta, np.: „Tylko uważaj, bo tu zaraz może być nalot milicji”. Ponieważ cała transakcja była nielegalna, a więc tym samym dostatecznie stresująca, klient bacznie rozglądał się, czy gdzieś nie idzie milicjant.
O takie właśnie rozglądanie się prosił cinkciarz, było to jednym z elementów manipulacji.
Klient rozglądał się, a więc tym samym nie widział trików manualnych cinkciarza! To zupełnie tak samo, jak przy estradowych pokazach iluzjonistów, którzy odwracają uwagę widza od istotnych spraw. I tu następowała „przewalanka”, której dokonać można było na wiele sposobów. Jeden z nich polegał na podmianie przeliczonych już przez klienta banknotów dolarowych na inne, np. fałszywe. Robiło się to w ten sposób, że klient dostawał do przeliczenia plik prawdziwych dolarów i w trakcie liczenia stwierdzał, że np. brakuje jednego czy dwóch banknotów do umówionej sumy. Cinkciarz odbierał banknoty, przeliczał sam i stwierdzał: “Faktycznie, ma pan rację, brakuje”. Dawał klientowi brakujące banknoty, które np. wyjmował z kieszeni. Oddawał mu też przeliczone poprzednio przez niego pieniądze. Problem w tym, że sytuacja była wyreżyserowana i cinkciarz miał przygotowany taki sam plik pieniędzy. Taki sam, lecz nie ten sam!
Najczęściej były to fałszywki lub np. na wierzchu prawdziwe dolary, a pod spodem… To już zależało od pomysłowości cinkciarza, czasem mogły to być nawet pocięte gazety! Szybka wymiana z ręki do ręki, i zanim się klient zorientował, po cinkciarzu nie było śladu… „Przewałka…”
Można też było zrobić „przytup”. Polegało to na tym, że cinkciarz po przeliczeniu przez klienta pieniędzy odbierał je, by samemu prze-liczyć. W pliku banknotów bowiem brakowało kilku do uzgodnionej kwoty. Cinkciarz licząc, w pewnym momencie upuszczał na ziemię banknoty, energicznie je przytupując, by nie odfrunęły z wiatrem. Po czym podnosił je i podawał klientowi.
Oczywiście w trakcie podnoszenia dokonywał podmiany!
Plik fałszywych dolarów miał np. w rękawie, niczym szuler karty, lub w nogawce czy np. w cholewce modnych kowbojskich butów – wszystko zależało od tego, jaki scenariusz opracował cinkciarz.
Jeszcze jeden „numer z branży”:
Cinkciarz i klient wsiadają do samochodu. Obaj bacznie się rozgląda-ją, cinkciarz liczy umówioną kwotę i oddaje klientowi, by ten przeliczył. Klient liczy i stwierdza brak, więc cinkciarz odbiera od niego pieniądze, by samemu przeliczyć. Okazuje się, że faktycznie pieniędzy brakuje, cinkciarz więc wsadza banknoty pod nogę i z kieszeni wyjmuje plik, z którego odlicza dla klienta brakującą sumę. Resztę pieniędzy chowa do kieszeni, wszystko to trwa jakiś czas.
Po czym wyjmuje pieniądze włożone pod nogę i daje wraz z tymi, które odliczył klientowi. Haczyk tkwi w tym, że pieniądze wyjął spod drugiej nogi. Jest to taki sam plik pieniędzy, lecz jest to plik fałszywek! Klient dostaje je razem z brakującymi wcześniej banknotami. I znów jest „przewalony”…
Innymi manipulatorami, równie sprawnymi, byli grający w „trzy kar-ty”. Była to gra modna na bazarach, giełdach samochodowych itd. To stara gra, widziałeś ją pewnie w filmie „Jak rozpętałem II wojnę światową” z Marianem Kociniakiem w roli głównej.
Gra polegała na tym, że dwie z kart były czarne, np. piki czy trefle, a jedna czerwona (karo, kier). Karty były tasowane przez prowadzącego grę, po czym parokrotnie pokazywane podczas rzucania. Obsta-wiało się czerwoną, większość ludzi była przekonana, że wie, gdzie jest ta karta. Okazywało się jednak, że wygrywał tylko prowadzący grę! Ludzie przegrywali fortuny. Trik polegał na tym, że pokazując karty, mieszający rzucał kartę z dołu, tę, którą pokazywał, akcentował to wszystko przesadnie. Robił to po to, by klient był przekonany, iż dokładnie widzi wszystko. Po czym rzucając karty jeszcze raz, rzucał kartę tym razem z góry, czego oczywiście nikt nie zauważył. Oczy-wiście i tu potrzebne było urobienie klienta, ktoś wygrywał raz za razem, ktoś inny podchodził i też wygrywał. Byli to „aktorzy” pracujący z graczem, postronny widz dawał się nabrać i ryzykował. Czasem dla podkręcenia pozwolono mu wygrać raz czy dwa. Wszystko po to, by podnieść stawkę. „Postronni” kibice zagrzewali do gry, odpowiednie słowa rozpalały klienta. Klient oczywiście nie wiedział, że jest to część ekipy współpracującej z oszustem.
Klient napalał się więc coraz bardziej i potem mógł już tylko przegrać…
Kilkanaście lat temu niezmiernie modna stała się pewna gra -piramida finansowa. Gra ta miała wiele odmian, wiele nazw, nie ma więc sensu opisywać ich wszystkich. Generalnie zasady gry polegały na tym, że gracz na zasadzie „łańcuszka św. Antoniego” rozsyłał do trzech lub czterech następnych osób formularz gry, gdzie również znajdowała się lista grających. Jednocześnie wpłacał na konto osoby pierwszej na liście jakąś kwotę. W niektórych odmianach sprzedawało się formularz kilku osobom. Lista rozrastała się, tworząc coraz więcej gałęzi, co oczywiste.
Pierwszy na liście otrzymywał pieniądze od znacznej liczby osób, po czym ustępował miejsca następnemu na liście.
W ten sposób każdy z kolejnych graczy teoretycznie powinien otrzymać za jakiś czas znaczną kwotę pieniędzy. Wszystko to było wyliczone matematycznie, podane były nawet przykłady.
Niby teoretycznie wszystko bez zarzutu, znam takie osoby, które na-prawdę na tym zarobiły. Większość jednak straciła, wystarczyło bo-wiem, że ktoś przerwał łańcuszek. Tak naprawdę zarabiali ci, którzy byli na początku długiej i mającej wiele odgałęzień listy. Reszta płaci-ła i czekała, czekała…
Istniały też firmy, które oferowały uczestnikom zakup pakietu startowego za – powiedzmy – 1000 $. Istniała podobna lista jak w opisanej powyżej odmianie. Uczestnik znajdował następne kilka osób, które kupowały pakiet za 1000 $ albo też płaciły osobie, która je zwerbowała, po 250 $. Teoretycznie więc wydatek 1000 $ zwracał się natychmiast po znalezieniu następnych osób. Dodatkowo wpływały (a przynajmniej powinny wpływać) pieniądze z tytułu osiągnięcia pozycji na liście. Czyli, ogólnie rzecz biorąc, wszyscy powinni być zadowoleni.
Znane wszystkim fundusze argentyńskie bazowały właśnie na podobnych piramidach. Ludzie chcący otrzymać kredyt czy pożyczkę wpłacali co miesiąc ratalnie jakieś kwoty, co miało powiększać fundusz przeznaczony na pożyczki. Teoretycznie wszystko miało rację bytu, praktycznie zaś był to jeden wielki przekręt.
Gdy na scenie gospodarczej pojawiła się firma Amway, jej przedstawiciele handlowi mieli już opanowany naukowy „bajer”. Używali słów zgodnie z założeniami neurolingwistyki. Potrafili tak wspaniale reklamować produkty, że nawet łysy miał ochotę dokonać zakupu szamponu do włosów! Przedstawiciele Amwaya stosowali różne sztuczki, tak że klient często zanim się zorientował, był już usidlony. Niektórzy jak w amoku kupowali wszystko, co zareklamował im przedstawiciel. Klienci nie zdawali sobie sprawy, że nagle pojawiająca się ochota na dokonanie zakupu była niczym innym, jak konsekwencją celowego działania manipulatorów.
Opisane powyżej sposoby manipulacji – albo raczej ewidentnego oszustwa – działały na ludzi z różnych środowisk i o różnym poziomie intelektualnym.
„Przewalić” tak samo dawali się ludzie z wyższym wykształceniem, jak i ci mniej wykształceni. Byli wśród nich przedstawiciele różnych zawodów, lekarze, prawnicy, pracownicy naukowi, sprzedawcy, mechanicy itd. Wszyscy jednak dali się zmanipulować, a w konsekwencji – oszukać. Część dała się wrobić, bo „sąsiad czy kolega powie-dział, że to jest dobre”, część twierdziła, że „inni tak zrobili i zarobili”. Jeszcze inni zaangażowali się i głupio wręcz było się wycofać. Jeszcze innych namówili najbliżsi. I co najdziwniejsze, nikt nikogo nie zmuszał. Uczestnictwo we wszystkich wymienionych przedsięwzięciach było dobrowolne Powody uczestnictwa były różnorakie, mimo dzielących uczestników barier intelektualnych – wszystkich łączyła chęć szybkiego zarobku. Łączyły ich też straty, niekiedy znaczne. I to nie tylko straty finansowe… Bywały bowiem sytuacje, gdy jedno z małżonków w tajemnicy przed drugim współmałżonkiem poświęcało rodzinne oszczędności na „inwestycję” mającą przynieść ogromne zyski. A efekt z reguły bywał zawsze ten sam. Piękne słów-ka, dobry bajer i sporo kasy szło, jak to niektórzy określają, „wietrzyć się”.
Dlaczego tak się działo – zrozumiesz po przeczytaniu niniejszego opracowania.
Artykuł jest fragmentem książki: TECHNIKI MANIPULACJI W PRAKTYCE autor: Sergiusz Kizińczuk
Jak wiesz, słowa mają ogromną moc. Trzeba tylko umieć ją wykorzystać. Możesz się tego nauczyć. Pomoże Ci w tym publikacja pt. “Techniki manipulacji” Przeczytanie tej książki spowoduje, że nauczysz się manipulować innymi w sposób niedostrzegalny dla otoczenia.
Brak podobnych wpisów
